park 3089907 e1545227082586 - Mama - też nią jestem.
Relacje

Mama – też nią jestem.

Podobno to, że jestem mamą, kwalifikuje mnie do posiadania „super mocy”. Nie wiem kto jest twórcą tego pomysłu, jednak nie ukrywam, że coś w tym musi być.

Po pierwsze nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mamą. Dlaczego? To dłuższa i zawiła historia nadająca się na nie jeden bestseler, na którego kupiec się jeszcze nie znalazł, dlatego uniknę w tym miejscu szczegółów.

Kiedyś.

Samotność leżała na mnie jak ulał i choć miłość nie raz pukała do mych drzwi to jednak jeszcze się u mnie nie zadomowiła. Zresztą nigdy, przenigdy nie marzyłam ani o małżeństwie, ani o dziecku. Dziwne? Przynajmniej trochę, no ale chyba taka już jestem – niestandardowa –  cokolwiek standard miałby w przypadku kobiety oznaczać. No, może czasem o szalonej miłości dumałam, takiej z pięknych czarno-białych filmów, jednak nie o solidnym związku i rodzinie. Ale do rzeczy.

Teraz jestem mamą i nie zamieniłabym tego na nic! Dzięki temu wielkiemu szczęściu mogę powiedzieć, że macierzyństwo przemienia. Przemienia też małżeństwo, ale o tym innym razem.

Już jest.

Ten pierwszy moment, kiedy dowiedziałam się, że noszę w sobie maleńkie życie, był wyjątkowy. Tą wyjątkowość otrzymałam z dniem, gdy córeczka na dobre się rozgościła w brzuchu mamy. Wyjątkowość ta  – ma się rozumieć – jest udziałem każdej niewiasty posiadającej potomstwo, nie ważne jak liczne czy nieliczne. 

Nasza pierwsza kruszyna była oczekiwana i wymodlona. A teraz już jest! We mnie kształtował się nowy człowiek. Cały nowy, wielki – choć jeszcze tak maleńki – świat. Przez dziewięć miesięcy rosła, nabierała sił i przygotowywała się na to, by uszczęśliwić nas jeszcze bardziej, niż dotychczas. To był cud,który nieustannie trwa. I choć wtedy jeszcze nie wiedziałam czy będzie chłopcem czy dziewczynką, to radość zalewała mnie na samą myśl, że już jest.

Zmiana.

Okazuje się, że wszystkie moje myśli i wyobrażenia zaczęły krążyć wokół córeczki i z troski o nią. Naturalne skoncentrowanie na sobie, ten tak zwany egoizm – wcale nie zdrowy – wycofywał się powoli, gdy zaczynałam się zastanawiać, co jest dobre dla dziecka. Ciekawe, że miłość do córeczki obejmowała – siłą rzeczy – i mnie. Troska o nią, była troską o siebie. Niezdrowa miłość własna była przemieniana w uporządkowaną miłość siebie. Różnica polegała na tym, że nie kocham siebie wykluczając innych, ale kocham siebie i innych. Kocham siebie przez wzgląd na innych. To co kiedyś było niemożliwe, z dnia na dzień zaistniało dzięki temu maleństwu, które jeszcze nie ma o niczym pojęcia. Córeczka uczyła mnie jak dbać bardziej o swoje zdrowie, niż dotychczas, przez wzgląd na tych, których kocham. Teraz przecież jestem potrzebna, dużo bardziej niż kiedyś.  

Odkrycie nowych możliwości:

1. Nie śpię, a żyję i to całkiem nieźle.

Teraz córeczka ma ponad trzy lata, kiedy jednak wspomnę jaka była  mając czternaście miesięcy, to codzienność z takim szkrabem przyprawiała mnie o stany tak odległe w skali diagnostyki medycznej, że muszę stwierdzić swoją wyjątkowość po raz kolejny. 

Przeciętny dzień mojego życia, z owego czasu – kiedy właściwie się on zaczynał, a kiedy kończył? Już tu pojawia się problem. Jak dla mnie, nie do rozwiązania. Załóżmy że początek dnia, to pierwsze, bardziej trzeźwe przebudzenie po tzw. nocy. Pisząc trzeźwe, mam na myśli wyłącznie dziecko. Jest trzecia w nocy czasu środkowoeuropejskiego, albo coś koło tego. Cisza głucha i tylko słyszę obok ucha…”maaama, maaama”. Po chwili płacz. Czasem był najpierw płacz, nerwowe turlanie, kopanie mnie, a potem słodkie „mama”, tak niegdyś wyczekiwane. „O matko, znowu…” – myślałam sobie. Ciekawe, że i ja wzywałam swoją mamę, czyżby to pozostałości z dzieciństwa, jakieś nieświadome przekonanie, że tylko ona może pomóc?

Chwila bezruchu z mojej strony nie pomagała, mojej mamy tu nie ma, więc czas działać. – Ciii cichutko… Pierwsza próba uspokajania, która otwierała nowy rozdział tej długiej nocy. Czasem udawałam że śpię, mając nadzieję, że i ona zaśnie sama. To zaśnie sama, to było największe z moich marzeń, od momentu porodu i choć nierealne, ciągle karmiłam się nadzieją, że może tym razem uprzejmie zrobi mi wyjątek i zaśnie spokojnie… Ale nie, niestety.

Zaczęło się. Córcia rozpoczyna swój około godzinny, czasem dłuższy rytuał. Szarpanie mnie za włosy, turlanie po głowie, oraz turlanie z szarpaniem przerywane stawaniem na głowie. Próbowała zasnąć, starała się jakoś, ale nie mogła. Dopiero jak się zmęczyła tymi fikołkami, to wtulała się we mnie i zasypiała. Nie na długo, bo na jakieś dwie godziny.

Po prostu wyjątkowa.

Malutka od urodzenia była szczególnie wrażliwa na każdy ruch i nie dała mi za daleko odejść. Wyczuwała mnie od razu i jak tylko próbowałam wstać, czy ją odkładać, to budziła się z wielkim płaczem. Próbowaliśmy naprawdę wszystkiego. Łóżeczko, noszenie i odkładanie, długie bujanie – oj bardzo długie. Wózek. Masowanie. W końcu przyjęliśmy to, jaka jest, a ja pozwalam jej ciągle jeszcze zasypiać przy sobie.

Kiedy liczę, ile sypiałam w tamtym czasie, to po przeszło roku, nie mogłam doliczyć się więcej niż pięciu godzin. Bywało że były dwie, trzy. Jak to możliwe tak żyć? Sama nie wiem. Jest coś takiego w nas mamach, jakieś siły niespożyte, których wyczerpanie bywa prawie niemożliwe. I choć powtarzam często, że „już nie mam siły”, to czuję, że mam ich jeszcze dość sporo.

2. Wstaję – choć normalnie w takim stanie – nigdy bym nie wstała.

Świta. Nieunikniona pobudka. Czuję każdą swoją komórkę ciała – „ała”… Podobno to znak, że żyję, a to chyba dobrze, więc za bardzo się nie martwię.

Dzisiaj też często udaję, że jeszcze śpię, kiedy córeczka próbuje wgramolić się n moje łózko. I znów moje „ała” przywołuje wspomnienia i staje się pierwszym słowem nowego dnia. 

Podobno aby dzień był udany, konieczna jest dobra gimnastyka, więc dbając o swoją mamę, córeczka nie zawodzi. 

Przy próbie przebierania następował intensywny dość trucht. Choć tętno niemiarowe, gdy próbowałam złapać golasa i goniłam go po całym pokoju. Kiedy następował zdecydowany opór, trzeba było kombinować. – „Popatrz jaki miś na koszulce”  – hyc rękawek – „on się uśmiecha i jakie ma oko” – druga rączka. Podobnie cała garderoba lądowała na swoim miejscu. Uff. Teraz uratowałaby mnie kawa. Kawa… moja miłość niespełniona. Niestety, tamtego czasu odwyk trwał jeszcze.

3. Cierpliwość, którą odnajduję w sobie na nowo.

Na prawdę próbowałam zjeść swoje śniadanie jednocześnie łapiąc kaszkę, która z zapałem była wlewana do kubka, i z kubka do miski, i na blat, i jak się dało, to z powrotem. A jak już się nie dało, to kubek i miska lądwały na ziemi z zawartością lub bez. Wtedy rozlegało się owo dzidziusiowe – „nie ma”. O zaiste, to filozoficzne stwierdzenie towarzyszyło nam, przy każdej niemal czynności. To musi być prawdopodobnie intuicyjne postrzeganie świata. Coś jest, albo tego nie ma. Proste prawda? A my tak komplikujemy sobie wiele spraw i nie wiadomo po co…

Potem sprzątanie, bo kuchnia bywała cała zalana, jak w jadłospisie gościła rzadsza zupa. No ale tak bywa przy blw.

Teraz dopiero mogłam się trochę ogarnąć, choć bywały dni – szczególnie jak była jeszcze młodsza – że cały dzień chodziłam w piżamie. Zaznaczam, że do sklepu w niej nie wychodziłam, choć jak bym wyszła, to mogłabym długo tego nie zauważyć.

Kiedy zaczynałam przygotowywać obiad, córeczka też zabiera się do gotowania i wyciąga wszystkie rzeczy z szafek. Ulubionym sprzętem były tarki oraz sitko – takie największe – no i oczywiście kawiarka. Obnosiła ją po całym domu i wkładała do niej co się dało, mówiąc przy tym swoje ulubione – „nie ma”. Gdy wszystko było już na gazie, bawiłyśmy się w „kto pierwszy ten lepszy”. Moim zadaniem  – utrzymać ogień pod obiadem, jej – zakręcić kurki.  Z wygraną bywało różnie, choć obiad zazwyczaj był podany. Na nic moje przynoszenie zabawek, najciekawsze ciągle jest to, co robi mama.

Codzienna rutyna, te same obowiązki i zadania wymagają ode mnie wiele cierpliwości. Nie zawsze mi to wychodzi, nie zawsze jest tak jak bym chciała. Mały człowiek jednak bardzo potrzebuje mojej cierpliwości, by móc wkraczać w świat spokojnie i z radością, a nie pełen napięcia i lęku.

4. Planowanie.

Kiedy kładłam córkę na popołudniową drzemkę (szybko z niej zrezygnowała) – albo raczej – gdy po kolejnej serii nieprzewidywalnych wygibasów zasnęła, starałam się przede wszystkim pozbierać myśli.

To był mój czas, ta odrobina ciszy, by zebrać to, co się we mnie nagromadziło. Ciągle, gdy mam taką możliwość, zamykam oczy tylko po to,  by tą wielką falę wyobrażeń, słów i skojarzeń przetaczającą się przez moją głowę ogarnąć.

Co i jak zrobić, gdzie i kiedy, po co, dlaczego… Właśnie, dlaczego my tyle myślimy? Podobno mężczyźni posiadają prosty mechanizm w sobie, działający na zasadzie włącz-wyłącz, i mają tą błogosławioną przestrzeń zwaną nothing box (posłuchaj: czym się różni mózg kobiety od mężczyzny). Oni potrafią nie myśleć – jak to możliwe? – Nie wiem.

Ja myślę na okrągło, co nie znaczy, że coś porządnego wymyśliłam, choć też się zdarzy. Na przykład – rozpoczęłam planowanie systematyczne. Wiedząc, że nie mam za wiele czasu na działanie spontaniczne (choć głownie w moim życiu to wszystko opiera się na spontaniczności), to biorąc za wzór porządne mamy i ich rady, zaczęłam planować. Na razie na małej przestrzeni, ale zawsze coś. Plan ułatwia mi przede wszystkim ogarnięcie mnie samej, a potem reszty mojego świata. Robiąc plany, zawsze można je zmieniać i dostosowywać do nowych sytuacji, w ten sposób unikać rozczarowań. A może chcę planować tylko po to, by przekonać samą siebie, że ogarniam sytuację? W każdym razie jestem w tym dobra – w myśleniu nadmiernym – oczywiście.

5. Odwaga.

Dawno, dawno temu, kiedy żyłam sobie sama, nie odzywałam się nie pytana. W ogóle zabierałam głos tylko w ciasnym gronie i na tematy które mnie interesowały. Raczej nie brałam udziału w publicznych debatach i nie wypowiadałam wielkich opinii. Uciekałam wzrokiem, wolałam być anonimowa, niż wikłać się w coś, co nie jest „moim światem”. Nie ryzykowałam utraty „dobrej opinii”.

Tymczasem bardzo się zmieniłam. Widzę siebie i dziwię się, że podnoszę głos i zdecydowanie wypowiadam swoje opinie. Gdy widzę coś, co mnie niepokoi, co może być zagrożeniem  – reaguję, zwracam uwagę i nie boję się tego. I choć nie jest to bliskie mojej naturze – takie przedzieranie się przez życie – to budzi się we mnie uśpiona lwica. Dorastam, ciągle dorastam i dojrzewam.

6. Duma i zadowolenie ze swojego życia.

Jestem dumna. Tak ! I nie piszę, że jestem dumną mamą, bo to nie to, w każdym razie – nie tylko. Chodzi tu raczej o zdecydowane odczucie, że życie w końcu znalazło swój tor przeznaczony mu od zawsze. Że moje życie wkroczyło w swoje ramy i wie dokąd zmierza. Z tego jestem dumna. Nie wierzyłam, że dotrę do tego miejsca. W ogóle nie wierzyłam, że jest najmniejsza szansa, że kiedyś powiem: „jestem szczęśliwa”. Dotarłam i mogę dotknąć mojego szczęście, czerpać i rozkoszować się nim. Krajobraz w życiu się zmienia i różnie bywa, ale jednym z piękniejszych w nim widoków do tej pory były narodziny mojego pierwszego dziecka. 

7. Ogromna radość.

Każdy dzień mija intensywnie, ale więcej jest tych chwil, dzięki którym mam w oczach łzy szczęścia. Czasem śmieję się i już nie mogę. Przebywanie z dzieckiem, towarzyszenie codzienne w nieporadności, próbach mówienia pierwszych słów, nauce chodzenia, i wszystkim co robi, z tym swoim naturalnym zaangażowaniem – stają się moją pasją, a obserwowanie – moją ogromną radością. Ja naprawdę nigdy tyle się nie śmiałam! Zmarszczki wokół oczu wyraźnie świadczą o moim szczęściu.

A jednak,

muszę przyznać, że nie sądziłam, że to będzie takie trudne. Zaparcie się siebie potężne, post od wielu rzeczy i spraw, kontaktów, wydarzeń. Ciągła nauka kochania pomimo –  choć czuję, że mama kocha zawsze. Wybieranie nie tego co dla mnie wygodne, ale szukanie tego, co dobre dla drugiego. Mąż patrząc na mnie stwierdza, że czasem daję za wiele kosztem siebie. A ja uważam, że powinnam dać jak wiele tylko mogę i jestem w stanie. Nie zatracając siebie, ale służąc w taki sposób, by dzieci odchodząc kiedyś z domu, zawsze chciały do niego – do nas wracać. Codziennie widzę i doświadczam, że kochanie maleńkiego człowieka jest dla mnie błogosławieństwem, a jego bycie z nami, największą szkołą miłości i człowieczeństwa.

Jak wiadomo, zawód mama jest bardzo popularny. Tu i ówdzie słychać o nowych zatrudnionych do tej wyjątkowej i elitarnej „pracy”. Pomimo iż jest już tak wiele specjalistek, to co rusz pojawia się nowa konkurencja. Rynek nigdy się nie nasycił i wciąż, z ogromnym zaangażowaniem, kolejne panie przekraczają próg wtajemniczenia w „byciu mamą”. Umiejętności pomimo krążących plotek, nie są niestety wlane. Ich pozyskanie związane jest z ciężkimi, wielogodzinnymi praktykami i trwają do końca życia.

Macierzyństwo.

Spokojnie można by otworzyć osobną bibliotekę narodową, aby o nim opowiedzieć.

Jest jak dobra telenowela, jednak o wiele inteligentniejsza, choć i tu zwroty akcji gwarantowane. Thriller, komedia, love story. W nim znajdziesz wszystko!


Na podstawie własnego macierzyństwa zebrałam tych kilka myśli i zapewniam Cię, że prawa do nich nie są zastrzeżone. I choć wyłącznie moje, to jestem pewna, że całkiem zwyczajne w świecie mam.

Twój komentarz