miłość małżeńska
Relacje

Miłość, która zdumiewa.

Każda opowiadana historia ma swój początek i koniec. Często jednak zaczynają się one dużo wcześniej i trwają o wiele dalej, niż tylko w tych opowiedzianych słowach. Przychodzi moment, gdy miłość niespełniona krzyczy w duszy tak głośno, że nie da się już jej zgłuszyć. Wtedy trzeba podjąć jakąś decyzję, wykonać krok w najlepszym dla siebie kierunku. To najlepsze, nie zawsze jest tym najłatwiejszym. Miłość jest wymagająca, by ją odnaleźć potrzebne jest pozwolić Jej działać z całą mocą w sobie.

Zrezygnować z przeszłości.

Podobno w naszym życiu ulega coś zniszczeniu po to, aby na miejscu owych zgliszczy mogło powstać arcydzieło niespodziewane i niepowtarzalne. Wielu z nas zatrzymuje się jednak w punkcie ruiny rozpamiętując ją, bądź wspominając utracone dobra. Nie widzimy nadziei w przyszłości i nie mamy odwagi oderwać się, zrezygnować z przeszłości. Jest to okrutna pułapka, która nie pozwala nam żyć.

Przeszłość mnie ukształtowała, ale to ja teraz decyduję, co z nią mogę zrobić. Wykorzystam do życia, czy do destrukcji? Zaczerpnę z jej skarbca by żyć prawdziwie, czy oddam się życiu pełnemu ułudy zatrząśnięta w wyimaginowanym świecie oczekiwań i niespełnionych nadziei?
Gdzie teraz jestem w owej wędrówce? Gdzie Ty w niej jesteś?

Wiem gdzie byłam wtedy, gdy znalazłszy się na „obcej ziemi”, starałam się nie utracić reszty nadziei w sercu. Popychana do kolejnych kroków, podejmowałam je dość odważnie wiedząc że nie mam już nic do stracenia.

Poszukiwałam.

To trzeba mi przyznać, że w poszukiwaniach nie ustawałam. Próbowałam zrozumieć swoją drogę i odkryć tę prawdziwą dla mnie. Byłam zagubiona i zdezorientowana, i wątpiłam w to, czy jeszcze potrafię dostrzec prawdę. Zastanawiałam się nawet, czy aby nie uległam przeogromnemu złudzeniu co do siebie i innych, do swego życia i powołania. Dopuszczałam myśl, że może to, co wydawało mi się takie moje i prawdziwe, wcale moje nie było. To było trudne. To tak jakby odkryć w sobie całkowitą bezradność i nieumiejętność życia. Odpowiedź na pytanie, które męczyło moje serce zdawała się nie istnieć. Jakby w całym planie Boga i Jego miłości właśnie to moje istnienie zostało pominięte. Jakbym się wyłamała, ukruszyła kiedyś z wielkiej układanki barw i palet kolorów Jego stworzenia. Zagubiona i słaba. Na siłę szukałam tej ścieżki, która miałam nadzieję, że jeszcze się odnajdzie.

Blisko Miłości.

Któregoś dnia trafiłam do Kościoła Ojców Jezuitów w Łodzi na spotkanie modlitewne. Nie miałam w sobie wtedy żadnych oczekiwań, jedyne co chciałam to być i nie uciec. Trwać na modlitwie przez samo istnienie. Nie kierowałam próśb, lamentów, czy błagań. Po prostu byłam. Szarpało mną wewnętrznie i łzy spływały po twarzy. Jakbym cała zamieniała się w płacz. Pomagało mi to i bardzo uwalniało. Byłam przekonana, że Bóg wie co i jak, dlatego powierzałam Mu siebie i miałam nadzieję, że otworzy mi oczy i serce.

Tego wieczoru na spotkaniu zobaczyłam Bartka, chłopaka, który grał na gitarze. Postanowiłam, że pod koniec podejdę do niego i zapytam o zespół muzyczny w którym gra i jak można się do niego dostać. On powiedział, że jeśli dziś jeszcze przyjdzie liderka zespołu, to ona mi wszystko opowie. Przyszła, a ja powiedziałam jej o swoim pragnieniu śpiewania i zaangażowania się całkowicie. To moje „całkowicie” było pewną ucieczką, bo tak bardzo chciałam coś robić „na serio”. Wtedy jednak stało się motorem do dalszych wydarzeń. Z miejsca zaproponowała mi współpracę i regularne próby z zespołem. Bardzo się ucieszyłam. Jak się później okazało, stało się to moją wielką radością i pasją, otwarciem na miłość ukrytą muzyce . Zaczynałam w sobie nosić nowe nadzieje.

„Kto przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda…”

Jednocześnie nie opuszczała mnie myśl o życiu zakonnym. Rozważałam, że może gdzie indziej, że nie ten czas… Jednak z każdą rozmową, radami i kierownictwem wybijano mi to z głowy. Nie chciałam się z tym pogodzić. Nie wyobrażałam sobie innego życia. Przełomowa była dla mnie spowiedź u opiekuna naszego zespołu muzycznego.

Ja, jak zwykle ze swoim entuzjazmem roztaczałam wizję powołania do zakonu, poszukiwań i liczyłam na wskazówkę w tym temacie. Jak się zdziwiłam, gdy usłyszałam stanowcze: „Magda, ty nie masz powołania do zakonu. Twoje powołanie to małżeństwo. Nie wiem jak i kiedy, ale módl się i rozglądaj. Bóg daje znaki, naucz się je czytać.” Znów zaczęłam gorzko płakać… nie tak miało być, to nie po mojej myśli. Małżeństwo?? Nigdy o nim nie myślałam, nie pragnęłam. Nigdy nie widziałam się w białej sukni, nie marzyłam o niej, a tu taki „werdykt”. Gdzie w tym wszystkim miłość? Zdawało mi się to całkowicie sprzeczne z moimi predyspozycjami, pragnieniami i oczekiwaniami od życia. Wiedziałam także, że nie raz już się w życiu myliłam idąc „za sobą”, a nie za Bogiem, oraz że warto zaufać, rzucając się w przepaść nieznanego. Kto jak kto, ale Bóg mnie zna najlepiej. 

Otwarte oczy i serce.

Zaczęłam trochę z początku nienaturalnie, ale jednak – „się rozglądać”. Jakoś nie widziałam szansy, że spotkam tego mego męża, ale postanowiłam nie zrażać się swoimi emocjami i być gotową i otwartą na wszystko. Od pewnego czasu też, od tej traumatycznej spowiedzi, miałam bardzo dziwne uczucie w sobie – a raczej doświadczenie. Było to odczuwanie na prawej dłoni serdecznego palca obrączki. Oczywiście jej tam nie miałam i zdawało mi się to tak szalone i dziwaczne, że lekceważyłam je. Ono jednak nie znikało, a z czasem stawało się dla mnie źródłem pocieszenia i nadziei, że „wszystko w swoim czasie” oraz że miłość i mnie odnajdzie. 

Jak zaczyna się miłość?

No ale jak ja miałabym się zakochać? Nie widziałam w sobie zdolności do tego, a małżeństwo z rozsądku nie miało dla mnie przyszłości. Czy coś lub ktoś będzie w stanie zapalić moje serce bardziej, niż wtedy, gdy chciałam poświęcić je Bogu?

Podobno Bóg mówi w wydarzeniach i przez nie. Ja zaczynałam powoli dostrzegać sens tego, co mnie spotkało. Jeszcze ulotny i niezrozumiały, ale bliższy niż kiedyś. Praca i trudy samotności nie ułatwiały sprawy. Czułam, że powinnam coś zrobić, gdzieś się ruszyć, wyjechać, coś mnie przynaglało do wyjazdu. Ale gdzie i po co, jak? Na którymś ze spotkań wspólnoty usłyszałam zaproszenie do tego by „wyjść ze swej utartej codzienności i pojechać…”. Było to zaproszenie do konkretnej posługi z wyjazdowymi rekolekcjami, które są głoszone przez wspólnotę w różnych rejonach Polski. Zastanowiło mnie to, ale nie podjęłam od razu decyzji. Dopiero na kolejnym spotkaniu, gdy znów usłyszałam to samo zaproszenie, postanowiłam, że się zgłoszę.

Otrzymałam terminarz i wybrałam sobie miasto do którego chciałam pojechać. Tam jednak ekipa była już obstawiona, dlatego zaproponowano mi zupełnie inne miejsce i termin. Zgodziłam się.

„Moje drogi nie są drogami waszymi”…

Przed wyjazdem odprawiana była w naszej intencji Msza Święta. Ten sam kapłan, który „objawił” mi moją drogę odczytał Ewangelię z dnia:

«Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela»

Mt 19 5-6.

Słuchając jej pomyślałam, że to jakiś spisek Nieba…, wcale nie było to przyjemne.

„Mój miły jest mój”…

Wychodząc z kaplicy stanęłam na ganku i czekałam na pozostałych. Minął mnie pewien chłopak, na którego w ogóle nie zwróciłam uwagi. Z pozostałymi uczestniczkami zaczęłam się rozglądać za kierowcą naszej wyprawy. Zobaczyłam przy białym, małym samochodzie krzątającego się, tego samego chłopaka. Gdy ruszyłam w jego kierunku coś zaczęło się we mnie dziać i usłyszałam w sercu słowa: „TO JEST TWÓJ MĄŻ” !

Co?? Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Głos był stanowczy, wyraźny i na pewno nie ze mnie. – „Zwariowałam” – pomyślałam. Ale te słowa nie ustawały i powtarzane powoli zaczynały obejmować moje myśli i mnie całą.  – „Mój maż…mąż” – powtarzałam wewnątrz. Zamiast iść w kierunku auta, uciekłam do toalety w budynku obok.  – To jakieś szaleństwo – mówiłam do siebie – Jak to możliwe? Nigdy wcześniej nie słyszałam żadnego głosu i nic podobnego mi się nie przydarzyło. A jednak pewność jaka mu towarzyszyła i pokój wewnętrzny spowodowały, że nie uciekłam. Po chwili jak gdyby nigdy nic, podeszłam do auta, przywitałam się i za chwilę wszyscy wyruszyliśmy w trwającą 7 godzin trasę. 

„… a ja jestem jego…”

Całą drogę byłam bacznym obserwatorem i słuchaczem. W ciągu tylu godzin wszyscy zdążyliśmy poopowiadać o sobie dość sporo, przez co mogliśmy się dość dobrze poznać. Byłam zadziwiona zjawiskiem które obserwowałam. Wszystkie wypowiedzi Piotra były mi tak bliskie. Jego patrzenie na świat, sposób myślenia i poglądy zdawały się być takie same. Nawet sformułowania i zdania były jakby wyjęte ze mnie. To było nieprawdopodobne. Serce biło mi coraz szybciej. Gdy zatrzymaliśmy się na postój, miałam chwilkę czasu by ochłonąć. Wpatrywałam się w gwiazdy i zastanawiałam, co z tego wszystkiego wyniknie i czy to jest już miłość. Kiedy tak rozmyślałam podszedł do mnie i ciepło na mnie spojrzał. Zamieniliśmy wtedy kilka słów i czułam, jak jakaś nieprzejednana siła nas do siebie przyciąga.

Po przyjeździe na miejsce ustaliliśmy co będziemy robić – jak dzielimy się posługą. Powiedzenie świadectwa padło na mnie i Piotra. To był nasz czas. Ja słuchałam jego historii nawrócenia i spotkania Boga w życiu, a on mojej. Dzięki tej opowieści, jeszcze bardziej moje serce otworzyło się na miłość. 

Potem jeszcze obiad i planowanie wspólnego z ekipą powrotu w te okolice. Krótki spacer do klasztornego ogrodu i długi powrót. W jego czasie postawiłam Panu Bogu ultimatum.  Ja nie wykonam żadnego pierwszego ruchu. Jeśli to jest Jego dzieło, to niech sam je dokończy. 

Miłosierdzie Boże ufamy Tobie!

Zbliżała się Godzina Miłosierdzia w której odmawialiśmy Koronkę. Piotrek ją prowadził. Na koniec wypowiedział słowa: „Ojcze Michale Sopoćko – módl się za nami.” Zszokowana zapytałam dlaczego modli się do Ojca Michała, a Piotr odpowiedział po prostu, że to „fajny gość”. Dlaczego mnie to tak dotknęło? Ponieważ nigdy nie spotkałam się, by ktoś się do tego świętego modlił. A to przecież jemu kiedyś powierzyłam swoje powołanie i drogę życiową… To było dla mnie ostateczne potwierdzenie.

Nasza droga zbliżała się do końca. Mnie odwoził jako ostatnią. Kiedy silnik stanął, Piotr zadał mi pytanie, które rozpoczęło wszystko. – Jak Ty właściwie znalazłaś się w Łodzi?”. – zapytał. – Aby Ci odpowiedzieć, musiałabym bardzo wiele mówić… – Słucham – odpowiedział – ja mam czas.

I tak siedząc w aucie przez jakieś dwie godziny opowiadaliśmy sobie o swoim życiu, przejściach i trudnościach. O poszukiwaniach miłości i nadziei. O tym wszystkim, co stanowi o nas samych. Płynęły łzy radości, a świat zaczął inaczej się kręcić. Kiedy przytuliliśmy się do siebie wiedzieliśmy, że to koniec naszych dawnych historii i początek czegoś zupełnie nowego i pięknego. Po kilku już dniach wiedzieliśmy, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia. 

Miłość mi wszystko wyjaśniła.

Od tego wieczoru spędzonego w aucie spotykaliśmy się już codziennie. Ja za szybko nie zdradzałam swoich przeczuć odnośnie naszej przyszłości, momentami zdawało się to nie być konieczne, gdy tak naturalnie nasze serca przylgnęły do siebie. Tamto doświadczenie traktuję jako interwencję z góry w swoje zatwardziałe i przyciasne serce. Gdyby nie ona, nie wiem, czy potrafiłabym się otworzyć na znaki, których było tak wiele.

Zaręczyny i ślub planowaliśmy dość szybko, nie było na co czekać. W końcu odnaleźliśmy siebie, odnaleźliśmy wytęsknione, wyczekiwane i niespodziewane szczęście – na zawsze. 

W spotkaniu z Piotrem zrozumiałam całą wcześniejszą historię swego życia. To był moment prawdziwej przemiany i uzdrowienia. Jakby dotychczas nie rozumiane fragmenty wydarzeń scaliły się w jedno. Dopiero w tym momencie objawiło się moje życie jako sensowne i cudowne . To był prawdziwy cud. Życie jest cudem. 

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: